Page 13 - Demo_ksiazki
P. 13

– A gdzie mam umrzeć? – rzekła ona rozdzierającym głosem. – Nie mam
         ani domu, ani nikogo.
            – O, biedne dziecko!
            Tak najpierw zakrzyknęło moje niemądre serce, a potem dopiero ja, co
         się razem splotło w okrzyk tak żałosny i rzewny, że panienka z wdzięczno-
         ści za współczucie położyła głowę na mojej piersi i cienko pochlipywała. Ko-
         smaty kundel, zwiedziony tym ruchem i przekonany, że mam zamiar udu-
         szenia jego umiłowanej pani, począł ujadać jazgotliwie, co musiało z kolei
         wywołać wilka z lasu, czujnym uchem złowiłem bowiem groźne pomruki
         Narcyzy za drzwiami.
            W gorączkowym pośpiechu szukałem rady w bystrym moim rozumie,
         lecz rozum nie wiedział, co mi czynić należy. Zapytałem serca – serce było
         pełne przerażeń. Gdybym zawołał przenikliwie mądrą Narcyzę i ją zapytał
         o radę, rzekłaby niewątpliwie: „Ją niech pan zabije, a psa niech pan zastrzeli!”.
            Trwałem przeto w bezruchu i mimo woli gładziłem ręką głowę tej dziew-
         czyny, która spadła na mój spokój tak właśnie, jak czasem dachówka spada
         z dachu na niewinną głowę przechodnia. Trwałem jak posąg w kamiennym,
         niewzruszonym spokoju i bezgłośnie niebu i ziemi, przyrodzie i żywiołom,
         że póki życia – nie pozwolę wpuścić panienki z zadartym nosem, ani panien-
         ki, która ma kosmatego psa, ani panienki, która się zna na obrazach; ani ta-
         kiej, która ma znajomego malarza. Nie ulega wątpliwości, że malarz potra-
         fi zwichnąć rozum najbardziej sprawny i potężny, jakżeż tedy łatwo mógł
         przyprawić o utratę mizernej piątej klepki nierozważną dziewczynę! Znałem
         dobrze tego Zawidzkiego, świszczypałę i lekkoducha i wiedziałem, że dobry
         Pan Bóg niejeden raz zakrywał ręką twarz, nie mogąc patrzeć na jego sza-
         leństwa. Skoro Zawidzki znalazł się w jakiś nieznany mi sposób na drodze
         tego dziewczęcia, z wszelką pewnością nikt inny tylko on pomieszał jej ro-
         zum i wobec tego dziewczę godne jest litości. Myśląc o tym, tym serdeczniej
         gładziłem jej głowę, co ją znacznie uspokoiło, spojrzała bowiem na mnie po
         chwili spojrzeniem wymytym we łzach i rzekła cichutko:
            – O, jaki pan jest dobry, a ty Rolly, uspokój się, ciężki idioto!
            Jeden wykrzyknik wyrósł jak cyprys równocześnie nade mną i nad kun-
         dlem, ale już mi było wszystko jedno. Poczęła mnie ogarniać miła i ciepła
         radość, że panienka łatwo i bez większego namysłu przerzuca się z nastroju
         w nastrój, od uśmiechu do łez i z powrotem, co jest niezmiernie zajmujące
         w teatrze, nigdy w domu; zrozumiałem, że nic mnie już przed nią nie uchro-

                                                                              13
   8   9   10   11   12   13   14   15   16   17   18