Page 5 - demo_ksiazki
P. 5

est niedobrze. Jest sprawa.
                         Zibi gapił się na mnie, jakby zobaczył stwora z in-
            - Jnej  planety.  I  wyraźnie  nie  mógł  wyartykułować,
            o jaką sprawę chodzi.
              Coś wisiało w powietrzu. Coś naprawdę poważnego, skoro
            szkolny cwaniak stracił tupet.
              – No, gadaj – ponagliłem go.
              Nagle zrobił się zielony na gębie, zupełnie jakby za chwilę miał
            puścić pawia.
              – Pablo nie żyje – wykrztusił.
              – Pieprzysz – powiedziałem.
              Ale Zibi był ostatnim, który robiłby sobie tego rodzaju żarty.
            Poczułem się tak, jakby ktoś walnął mnie czymś ciężkim w głowę.
              – Na domówce, u Huberta. Wiesz, tej pożegnalnej.
              W miejscu, do którego nie dotarłem. Ponieważ mój stary aku-
            rat wyruszał na wyprawę, gdzie – jak domniemywał – czekało
            na niego prawdziwe niebezpieczeństwo.
              Ale.
              Byłem tam bardziej, niż gdybym siedział wśród nich z pu-
            szką piwa.


                                         5
   1   2   3   4   5   6   7   8   9   10